Pierwsze wrażenia z Afryki

 

     Mój pobyt na „Czarnym Lądzie” rozpocząłem 4-go czerwca 2006 roku w Uroczystość Trójcy Przenajświętrzej. Po 10-ciu godzinach lotu z Londynu Heatrow do Harare–stolicy Zimbabwe mój organizm doznał lekkiego szoku. Mogłem się wiele spodziewać po Czarnym Lądzie, ale że Afryka przywita mnie zimową aurą, tego nie  przypuszczałem. Tutaj tzn. w Zimbabwe od czerwca do sierpnia jest rzeczywiście chłodno i można zachorować na grypę. W dzień temperatura sięga 25o C a nocą spada do 3o C. Jest jednak, jak w wielu sprawach i w tym powód  do radości, gdyż w tym czasie nie ma komarów, które przenoszą malarię. Natomiast jeśli chodzi o lato to jest ono rzeczywiście upalne i czasem w słońcu temperatura sięga prawie 60o .

     Pierwsze dwa tygodnie mojego pobytu w Zimbabwe spędziłem na parafii w Waterfalls na obrzeżach Harare. Kolejne doświadczenia nieco trudniejsze miały już miejsce w samym buszu, gdzie często nie ma  prądu, a samo życie płynie zupełnie innym rytmem niż w mieście. Ludzie żyją tu bardzo biednie, z „dnia na dzień”, czasem nie mając nic do jedzenia, a pijąc nie przegotowaną wodę chorują na amebę, która niszczy wątrobę. Podstawowym pokarmem jest sadza, którą uzyskuje się z kukurydzy (coś jak nasza polska kasza manna tylko bez smaku).

     Największym jednak problemem społecznym w kraju jest AIDS na który każdego tygodnia umiera w samym tylko Zimbabwe 4000 (cztery tysiące ludzi) głównie młodych. Co czwarta dorosła osoba jest nosicielem HIV bądź choruje na AIDS, co stanowi 25% całej populacji zimbabwejczyków. 

   Oficjalnym językiem urzędowym  w kraju jest angielski ale w buszu ludzie mówią w swoim afrykańskim języku „Shona” (nazwa od plemienia).

     Mój pobyt w Zimbabwe przypadł w historycznym czasie związanym z wymianą pieniędzy, które tutaj nie mają wielkiej wartości. I tak dla przykładu chleb kosztuje tutaj 150 000 (sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów zimbabwyjskich). Można więc sobie wyobrazić z jakimi paczkami pieniędzy ludzie w mieście przychodzą na zakupy.

     To tylko niektóre czarne scenariusze życia ludzi Shona. Są też i pozytywne cechy. Ludzie Shona to dobrzy, prości i pokojowo nastawieni ludzie. Pojęcie czasu jest tutaj rzeczywiście baaaaaaaaaardzo względne, dzięki czemu żyje się tutaj bezstresowo. Dla przykładu: Msza Święta w buszu może opóźnić się o cztery godziny a nowożeńcy na swój własny ślub - godzinę i jest to tutaj coś zupełnie normalnego Na początku dla nas, europejczyków jest to trudne ale z czasem można się do tego przyzwyczaić. Jedno jest pewne. Zimbabwe to miejsce, gdzie na nowo można zakosztować franciszkańskiego ubóstwa i prostoty życia. Bogu niech będą dzięki.

 Zobacz zdjęcia>>>

Strona Główna